wtorek, 1 marca 2016

Dary Anioła Casandra Clare - recenzja

Najpierw słyszałam o książce. Później pojawiły sie jakieś reklamy filmu, potem spotkałam cały cykl w szkolnej bibliotece a ostatnio dotarły do mnie pogłoski o serialu. Więc następnym razem gdy tylko zobaczyłam w bibliotece 1 tom (o co jakoś zawsze trudno) wzięłam ja. Czy to była dobra decyzja? Zaraz się przekonacie.

Tytuł: Miasto kości
Cykl: Dary Anioła
Autor: Casandra Clare
Oryginalny tutuł: City of bones
Ilość stron: 512
Wydawnictwo: MAG
Data premiery: 28.08.2013
Kategoria: fantastyka, młodzieżowa

Książka opowiada o losach Clarisy Fray, przed którą matka ukrywała mroczną historię. Wszystko zaczyna się w klubie Pandemonium, gdzie Clare wraz z przyjacielem Simonem świętują jej 18. Okazuje się że Clare widzi dziwne rzeczy. Rzeczy, niedostępne dla zwykłych przyziemnych. Tej nocy życie Clare zmienia się drastycznie. Widzi ona bowiem, jak pewien przystojny chłopak wraz z dziewczyną i jeszcze jednym przyjacielem zabijają kogoś. W ciągu kilku następnych dni, widzi kolejne dziwne rzeczy, aż do wieczora w którym ktoś, a może cos porywa jej matkę. Tak Clarrisa zostaje wprowadzona do świata demonów, Nocnych Łowców, Czarowników...

Dawno temu kiedy anioł Anioł Razjel zmieszał swoją krew z krwią mężczyzn powstała rasa Nephilim, inaczej Nocni Łowcy. Mają oni jedno zadanie chronić przyziemnych (zwykłych ludzi) przed demonami oraz pilnować pokoju między ludźmi a Wampirami, Wilkołakami, Czarownikami i innymi stworami powstałymi z połączenia demonów i ludzi. Anioł Razjel przekazał Nocnym Łowcom 3 magiczne przedmioty: Miecz, Lustro i Kielich. Tak zwane dary Anioła.
Nie miałam co do tej książki wielkich nadziei. Ot tak obijała mi się o uszy już od jakiegos czasu. Nie zawiodłam moich nikłych oczekiwań, ale również mnie nie zauroczyła. Od początku gdzieś do połowy miałam wrażenie że są mi wciskane niektóre sceny na siłę. Że nie miały one większego znaczenia dla fabuły, miały tylko sprawić by książka była masywniejsza. Później było pod tym względem lepiej. Ale ogólnie czuję przesyt. Za dużo informacji naraz. Fajnie że jesteśmy od razu wciągnięci w akcję, ale momentami czułam że jestem informowana nie jak czytelnik ale jak dziecko, by zrozumieć to co dzieje się dalej.
Mamy kilka zaskakujących zwrotów akcji, które zdecydowanie oddziałują na emocje czytelnika. Nie jestem pewna czy pozytywnie. To jak skonstruowane są tutaj relacje i związki mocno mnie irytowało, mimo że było powtórzeniem znanych mi schematów z książek które bardzo lubię i gdzie wcale aż tak mi to nie przeszkadzało.

,,Sarkazm to ostatnia deska ratunku dla osób o upośledzonej wyobraźni"

Jeśli chodzi o bohaterów. To ciężko mi ich ocenić. Bardzo liczyłam między innymi na Jace, czyli jednego z Nocnych Łowców. Tego chłopaka, co jest arogancki, zły, trochę obrażony na świat ale w głębi duszy to skrzywdzony, który potrzebuje miłości. I liczyłam na niego. Bardzo. W końcu to taki prosty, ale przyjemny schemat. Ale do tych co czytały: Możecie go sobie wziąć, nie chcę go. Był nudny. O dziwo. Jego zachowanie względem Clare było bardzo irytujące, raz dosyć dosadnie pokazywał, że mu się podoba, a później był dla niej oschły. Zabrakło mi tego procesu, rozwijania tej znajomości, tej zażyłości między nimi.
Clare była w porządku. Udało jej się mnie nie irytować co jeśli chodzi o tę książkę już jest sukcesem. Zachowywała się dosyć odpowiedzialnie i racjonalnie, nie wydawała się mdła, więc nawet ją lubiłam.
Kolejnym z drużyny Łowców był Alec, o którym nawet nie będę pisać. Nie wyróżnia się, prawie mnie nie irytuje. Jedyne co mogłabym powiedzieć to mały spojlerem, a tego wam oszczędzę. Sympatią obdarzyłam Isabelle, siostrę Aleca. Bardzo fajna dziewczyna z charakterem, troszcząca się o przyjaciół, realistka z ostrym językiem. Oraz Simona, najlepszego przyjaciela od dziecka Clare. Wyszedł on Casandrze całkiem nieźle.

"Ten kto z uporem wypiera się brzydkich stron tego co robi nigdy nie wyciąga nauki ze swych błędów."
 
Język jest prosty i naturalny. Narracja 3-os. Pozwala na skupienie się na różnych bohaterach. Przypadł mi do gustu styl opisów, był łatwy w odbiorze a jednak wyjątkowo sugestywny i obrazowy, co pozwalała na dosłowne poczucie, scenerii, klimatu miejsc. Dobrze były skomponowane także opisy scen. Książka ta nie jest wybitna pod względem języka, ale nie odbiega mocno od standardów literatury młodzieżowej.
Podsumowując chyba nie mogę jej polecić. Płascy bohaterowie, luki w fabule i irytacja dotycząca niektórych wątków. Zamierzam przeczytać kolejny tom, ze względu na jedną kwestię, jestem bardzo ciekawa jak dalej autorka wywinie się z tej plątaniny uczuć i relacji. Gwiazdek 5/10.
Pozdrawiam
~kociepelko

niedziela, 21 lutego 2016

Przyszłość

Tak bardzo chciałabym wiedzieć, gdzie poniesie mnie los. Jaka jest moja droga i w którą stronę powinnam się wybrać. Chciałabym dostać jakiś znak od tej siły wyższej co ma ze sobą zrobić. Kim powinnam być. A może sam fakt, że jestem tu gdzie jestem znaczy że idę w dobrym kierunku. Jeśli codziennie budzę się względnie szczęśliwa to wszystko zmierza w dobrą stronę?


W tym roku czeka mnie pierwsza "poważna" decyzja w moim życiu. Właściwie już za jakieś 2 miesiące będę składać papiery do liceum. I naprawdę nie wiem co mam ze sobą zrobić. Poza tym mam wrażenie, że mam już wmówione przez wszystkich dookoła, jaka to jest ważna decyzja, kiedy tak naprawdę ona o niczym nie decyduje.
Slaby ludzie maja marzenia, twardzi mają cele.


Z tym, że ja nie mam marzeń. Naprawdę. Nie mam jakiejś wizji siebie, tego gdzie z kim i co będę robić za 3, 5 , 10 lat. Nie mam listy rzeczy które chcę zrobić w życiu. Takiej jakiejś rzeczy którą za wszelką cenę, chciałabym osiągnąć, i dzięki niej się spełnić. Mam wrażenie że wszystko jest jeszcze takie odległe, a przecież to minie jak z bicza strzelił. A ja nie jestem przygotowana do tego, co przyniesie mi życie. Choć czy można się do tego przygotować? Przyszłość i tak nas zaskoczy.
Ale spróbuję sobie wyobrazić siebie za 5 lat. Za 5 lat będę miała rocznikowo 21 lat. Będę szczęśliwa, optymistyczna i pełna pozytywnej energii, którą będę chciała dzielić się z innymi. Prawdopodobnie będę wtedy na studiach. Jakich? Nie mam pojęcia. Kompletnie. Chciałabym za 5 lat mieszkać mieszkać w Krakowie. Chociaż wiem że jest to daleko od rodzinnego miasta. Może nie aż tak. Mam nadzieję że  będę wynajmować mieszkanie z fajnymi osobami. Może  z moimi obecnymi przyjaciółkami. Myślę że będę miała kota, a jeśli nie będzie warunków to 2 szczurki. Będę dalej piła mnóstwo herbaty, dużo się uczyła, czytała, rysowała, oglądała seriale i paliła woski.
Czyli co? Nic się nie zmieni?


A jednak zmieni się tak wiele. Mam wrażenie, że nie podołam. Nie dam sobie rady z dorosłością, obowiązkami, odpowiedzialnością. A przede wszystkim z podejmowaniem decyzji, które zmienią moje życie. Bo ja nieszczególnie przepadam za zmianami.
Wiem jedno. Pozostanę sobą. Choć nie do końca wiem co to znaczy i kim właściwie jestem, jak mogłabym się opisać. Ale na pewno nie zrobię w życiu nic bo wypada, jedynie to co czuję. I zawsze w zgodzie z samą sobą.
Jakoś tak musiałam się gdzieś wyżalić i wyrzucić to z siebie. W tle kolejna porcja rysunków.
Pozdrawiam
~kociepelko

piątek, 12 lutego 2016

Szkice #1 Ciri, Rey, Mała Syrenka i takie tam

Ostatni post dodałam 12 stycznia. Równo miesiąc od dziś. Znaczy że postanowienia noworoczne jakie miałam co do bloga, średnio udało mi się spełnić. Dobra, nie tylko te dotyczące bloga. Jest za to coś co udało mi się osiągnąć. Mianowicie rysuję codziennie od 1 stycznia. Według mnie to powód do dumy. Czasami na jeden dzień przypada kilka udanych rysunków. Czasami tylko jakieś bohomazy, a jeśli dopada brak weny twórczej to rysuję nos patrząc w lustro. Bo na nic więcej mnie wtedy nie stać.
Część z nich nie powinna ujrzeć światła dziennego, więc dziś mam kilka bardziej udanych (?) rysunków.



Wspomniane nosy rysowane z lustra. Szkice na szybko. Nie dopracowane. Ale przynajmniej można powiedzieć że żadnego dnia nie opuściłam.


Usta. Chciałam żeby były takie ładne realistyczne, ale nie bardzo to wyszło. Nie jestem z nich zadowolona. Choć w sumie w pewnym momencie przestałam się starać. Poza tym próbowałam rysować w towarzystwie kota - co kończyło się kreskami nie tymi co trzeba, pod kocem, w łóżku, więc kredki walały się gdzieś dookoła mnie, i czasami sięgałam  nie po tą co trzeba. No cóż.

  

Rey razy 2, R2-D2 i BB-8. Narysowane jeszcze na początku stycznia, niedługo po seansie "Przebudzenia mocy". Nie jestem, nigdy nie byłam i pewnie nigdy nie zostanę wielką fanką Gwiezdnych wojen, ale robocik BB-8, jest naprawdę uroczy. A sam film podobał mi się ale bez wielkiego "WOW". Miałam w planach bardziej dokładny rysunek Rey, ale jakoś nie starczyło mi czasu. Więc zostały szkice.


Mała syrenka!! Jedna z moich ulubionych bajek Disneya. Wyszła przyzwoicie. Chociaż chyba lepiej wygląda na żywo. Mimo tego że w realu ma jeszcze bardziej pomarańczową skórę, W sumie nie wiem jak to się stało, że ma taką skórę. Rysuje, rysuje i nagle jakieś bum pomarańcz. Wściekły.
Nie wiem.


Świeżo po skończonej drugiej części Wiedźmina powstała taki sobie fan art. Ciry z Cintry. Kolejne ćwiczenie na rękę. Rysowałam trzymając ołówek za sam koniec i rysując tak jakby bokiem, by kreska powstawała w pewnym sensie losowo, była lekka, szeroka i nierówna. Dając taki "artsystyczny" efekt. Przyjemne ćwiczenie.

Napiszcie mi co sądzicie o moich rysunkach.
Pozdrawiam.
 I wesołych walentynek za 2 dni.
~kociepelko


wtorek, 12 stycznia 2016

Eleonora & Parko - słodko gorzka na zimowe wieczory


Na książkę miałam ochotę już jakiś czas. Właściwie pragnęłam jej całym sercem. Ale to nie było czasu, a to pieniędzy by ją kupić. Kiedy pieniądze sobie odłożyłam i poszłam do księgarni z zamiarem kupna tej jednej, jej tam nie było.. Sprawdziłam wszystkie półki -  brak. No więc na pocieszenie kupiłam sobie inną. :( Ale mamy nowy rok. Dopiero co były święta (bogate w cudne pozycje) i w koncu po jakimś roku doczekałam się mojej kochaniutkiej książeczki. Przedstawiam wam pastelową historię ukryta za śliczną (według mnie) okładka. Eleonora & Park Rainbow Rowell.

Eleonora to pulchna, dziwna dziewczyna ze wściekle rudymi włosami. Park jest miłym, lubianym chłopakiem z ciemnymi włosami. I żadne z nich nie spodziewałoby się że połączy ich takie uczucie. Poznają się w autobusie kiedy Park życzliwie zaprasza ją na siedzienie obok. Nie odzywają się do siebie. Park ma swoich kolegów. Eleonora nie chce się zaprzyjaźniać. I tak sobie jeżdżą. Spotykają się na przystanku. Wsiadają do autobusu i milczą. On czyta komiksy, a ona patrzy się w okno. I można by powiedzieć że nic ciekawego. A jednak to cudowne patrzeć, jak oboje zaczynają lubić tak sobie razem milczeć. Po pewnym czasie czytać razem komiksy, słuchać muzyki a nawet rozmawiać.

 Eleonora miała rację - nigdy nie wyglądała ładnie. Wyglądała jak dzieło sztuki, a sztuka nie może być po prostu ładna; sztuka ma wywoływać emocje.

Ale ich relacja nie może być prosta. Park ma jednego brata, Eleonora ma 4 rodzeństwa, on prawdziwy dom, jej na nic nie starcza, on szczęśliwych rodziców, ona jest z rozbitego domu.
 Jeśli chodzi o autorkę to czytałam już jedną z jej książek (która kiedyś doczeka się recenzji na blogu). I musze przyznać że Fangirl bardzo mi się spodobała. Lubię styl autorki. To w jaki sposób prowadzi narrację, jest takie właśnie lekkie, jakby słowa brały jej się z powietrza. Cała powieść jest słodko- gorzka. Tak samo jak fan girl było jej dużo wszędzie. Ile opinii przeczytałam (okładka też pełna opinii), jakie to słodkie, urocze, śliczne. I tak jak za pierwszym razem spodziewałam się właśnie tego. Tak teraz wiedziałam że to nie wszystko. Rainbow Rowell ma sobie taką umiejętność łączenia tych pełnych wzruszenia, czułości i romantyzmu chwil z tymi gorzkimi, smutnymi. Przez co cała w odbiorze nie jest tak przesłodzona. Można by się spodziewać lukru, dużo lukru, bo tak zostały te książki rozreklamowane, ale jednak niosą one ze sobą coś więcej. Ich miłość, pierwsza miłość, ukazana tak niewinnie, a dodatkowo tak prosto. A całość dzieje się latach 80 XX. Parka i Eleonorę łączą komiksy i muzyka. 
Jeśli chodzi o postacie to ukazane mamy je dosyć płytko. Narracja jest z dwóch perspektyw ale jednak 3-osobowy styl autorki nie pozwolił na głębokie zajrzenie w umysł bohaterów. Czego trochę mi zabrakło, bo chciałabym zajrzeć do tej rozwichrzonej rudej głowy. Poza głównymi bohaterami nie są ukazane żadne inne relacje. Czegoś czego bardzo mi brakowało to relacje rodzeństw w obu domach. Albo ich brak.

 -Powiedz coś.
-Nie wiem, co powiedzieć.
-Powiedz coś, żebym nie czuł się jak idiota.
-Nie czuj się jak idiota, Park.
I tak jak Parka kochałam od pierwszych do ostatnich stron, tak im dalej szlam z powieścią tym postac Eleonory coraz bardziej mnie denerwowała. Była taką typową kobietą w stylu „Domyśl się”. W tych momentach kiedy Eleonora wkurzała się na Parka było mi bardzo smutno. I bardzo szkoda Parka.
Ale są to małe defekty, które przecież się zdarzają. Przy lekturze drugiej książki Rainbow Rowell już takich nie widziałam No i z powodu samego Parka. Wybaczam. Lektura godna polecenia chyba w każdym wieku.

czwartek, 31 grudnia 2015

Ostatni dzień roku, ostatnie szkice

 Nie wiem czy wy tak macie, ale ja bardzo często popadam w depresję by po dwóch dniach takiego smętnego nastroju obudzić się naładowaną pozytywną energią. Nastrój wpływa na postrzeganie samego siebie. I tak średnio 3 razy w tygodniu dopadają mnie myśli, jaka to nie jestem. Że brzydka, że gruba, że kompletne beztalencie bez zalet. Póżniej  to już sama się nakręcam. Mimo sfrustrowania próbuję coś narysować co zazwyczaj kończy się marnym rysunkiem, połamanymi ołówkami i stosikami z pogniecionych kartek. Same złe pomysły. Norma. Tak więc jakoś 3 dni temu znów dopadł mnie taki nastrój. Próbowałam narysować coś mega szczegółowego. I nic z tego nie wyszło. Mnóstwo zmarnowanych kartek. Zostawiłam to w spokoju. A że strasznie chciałam coś narysować (a przecież chcieć to móc) to postanowiłam zrobić sobie takie ćwiczenie by rysować rysunki maksymalnie 3 minuty. Znalazłam na necie przykładowe zdjęcia. Różne. I zaczęłam maziać.



Po pierwszym rysunku, byłam już zauroczona efektem "szybkiej kreski" oraz rozluźniona. Tak powstało 6 szkiców. Na pierwszym rysunku jeszcze ze stoperem w ręku odwzorowywałam murzynkę niosącą wodę na głowie. Zdjęcie było mega wyraziste, intensywne w kolorach. Ja miałam jeszcze dodać tło ale nie zdążyłam.
Kolejny rysunek to jakichś indianin, może meksykanin. Zdjęcie również nasycone. W tle dżungla o pięknym kolorze zieleni. A sam mężczyzna dosyć wychudzony idący mostem z gałęzi. Jeśli uda mi się znależć te zdjęcia postaram się je tutaj wstawić.

Szkice wykonałam cienkopisem 0.8 mm oraz dwoma odcieniami szarych Promarkerów Letraset. Mikołajkowy prezent. Póki co nie mam za dużo prac nimi wykonanych, ale tutaj naprawdę fajnie się sprawdziły. Grubsza końcówka pokrywa większą powierzchnie dzięki czemu szkice są szybkie i mają taki ciekawy charakter.


Na tym rysunku w tle miała być plaża. Ale nie do końca wiedziałam jak ją odwzorować. Poza tym staram się nie marnować moich promarkerów. Ponieważ jednak były drogie. Za mój komplet 14 + blender zapłaciłam 150 zł bez przesyłki. Więc staram się jak mogę ograniczać tą przyjemność.


 Na koniec moje dwa ulubione obrazki. Przypadło mi do gustu to jak wyszły te niedokładne szkice. Nie wiem. Mają coś w sobie.


Wydrukowane na większym na większym papierze pasowałyby do jakiegoś eleganckiego pomieszczenie. Nie wiem. Kojarzą mi się właśnie z takim surowym wnętrzem.
Dajcie znać jak wam się podobają. Poza tym jeszcze raz życzę wam wszystkiego najlepszego na nowy rok. Wystrzałowego sylwestra. I żeby ten rok przyniósł same dobre wspomnienia.
Pozdrawiam
~kociepełko
 

środa, 23 grudnia 2015

Wesolych świąt!

W planach miałam wstawić piękną notkę o moich pierwszych pierniczkach ale w pewnym momencie (zważywszy na moje moje kulinarne umiejętności, albo ich brak) doszłam do wniosku, że jak do całego rozgardiaszu w kuchni ( a  nawet poza nią, bo nie starczało mi miejsca) dołoże jeszcze aparat to po 1) Spalę moje pierniczki. 2) Utopię się w mące (co prawie sie zdarzylo) 3) Zniszcze aparat. 4) Oparzę się, skaleczę, spadnę ze stołka i na koniec wyląduję w szpitalu. Nie dziękuję.
Tak więc nie mam typowej notki świątecznej. Postanowiłam, że po prostu złożę wam życzenia.

Jeśli macie ochotę możecie skomentować renifera. Na szybko wykonany w gimpie. Bo coraz więcej rysuję na tablecie. :)

Wesołych świąt, dużo pierniczków, milo spędzonego czasu z rodziną, i udanych prezentów!

~kociepelko

niedziela, 13 grudnia 2015

Oliver Quin, Molly Hooper, Efie Trinket

Do wigilii zostało 11 dni, a za oknem jesienna pogoda. Wczoraj takie piękne słońce świeciło. Dzisiaj deszcz. A śniegu jak nie było tak nie ma. Jest mi z tego powodu przykro. Czy ktoś widział śnieg? Trafi on w tym roku na Mazowsze? Ale nie otym. Jakis czas temu skonczylam 3 portrety których jeszcze tu nie pokazywałam. Przedstawiają one postacie z serialu. Oraz z filmu.


O RYSUNKU:
 Pierwszy przedstawia Stephena Amella w roli Olivera Quina, czyli głównego bohatera z serialu Arrow.  Warto tu zaznaczyć, że jest to pierwszy portret mężczyzny w mojej kolekcji. I jak widać wyszedł źle. Miałam problem z odwzorowaniem rysów ponieważ na zdjęciu duża część twarzy była w cieniu, a ja jakoś nie potrafilam zróżnicować tych cieni by narysować to tak jak to widziałam. Wiec próbując sobie to uprośćić rozjaśniłam zdjęcie. Skrzydełko nosa z lewej strony mocno się skróciło, oko poleciało za wysoko. Ogólnie budowa twarzy (nie mówiąc juz o podobieństwie bardzo leży) Podoba mi się za to jak wyszła broda. Wyszła całkiem naturalnie. Ogólnie jestem nie zadowolona.
O SERIALU:
Serial jest współczesna ekranizacją komiksu o Zielonej Strzale. Z komiksami mam nie wiele wspólnego za to kiedyś (i w sumie nadal) bardzo lubiłam kreskówki o jego przygodach, dlatego zainteresowałam się tą ekranizacją. Głównym bohaterem jest Oliver Quin milioner. Podczas podroży jachtem zdarza sie katastrofa a Oliver trafia na wyspę, która okazuje się wyspą skazańców. Po 5 latach od katastrofy udaje mu się wrócić do Starling City. Ma teraz jeden cel. Uratować miasto.
Tak ma się fabuła. Pierwsze 2 sezony były bardzo dobre. Miały fajny mroczny klimat. Bohaterowie nie irytowali mnie za mocno icj postępowanie było w porządku. Rzecz inaczej się miała w 3 sezonie gdzie uczucia głownego bohatera i jego rozterki nad sensem życia, miłośćią i ogólną egzystencją przeszły na główny plan. Większość bohaterów mnie irytowała. Jednak końcówka tego sezonu pozytywnie mnie zaskoczyła. Dwa dni temu obejrzałam 1 odcinek 4 sezonu i muszę przyznać że jestem zaciekawiona. Nie jest to  może jakichś geniusz wśród seriali, ale potrafi wciągnąć. Więc w wolnej chwili polecam się tym zainteresować.


Kolejny portret, wykonany kredkami, przedstawia Mooly Hooper czyli jedną z pobocznych bohaterek słynnego serialu Sherlock. Jeśli chodzi o samą postać to jest ona cudowna, urocza i wogóle kochana.
O RYSUNKU:
Sama nie wiem jak to opisać. Teraz jak patrzę na ten rysunek to mam sprzeczne uczucia. Z jednej strony podoba mi się mnogość kolorów na twarzy, te złote jasne miejsca, oraz różowofioletowe cienie. A z drugiej wiem że w planach miałam stworzyć gładką powierzchnię która tutaj nie wyszła. Ogólnie fotografia troszkę zjadła kolory, chociaż i tak mniej niż to robi skaner. Rysy twarzy też troszkę popsułam. Ale chyba nie jest tak źle.

O SERIALU:
 Mówię tu o serialu BBC wyprodukowanym w 2010 roku. Opowiada on o współczesnym Sherlocku, któremu towarzyszy John Watson, lekarz wojskowy i razem rozwiązują oni zagadki. Bardzo ciekawie Benedict Cumberbath kreuje postać Sherlocka, jest bardziej cyniczny, momentami widać w nim szaleństwo. Ogólnie przeniesienie całej historii do współczesności. Odświeżenie starych przygód daje nowe spojrzenie na tą klasykę literatury. Póki co serial liczy 3 sezony po 3 godzinne lub półtoragodzinne odcinki. Kolejny sezon zaczną kręcić na wiosnę 2016, więc jeszcze trochę poczekam.  Ale ta obsada w specjalnym odcinku Sherlock i upiorna panna młoda zaprezentuje się w polskich kinach 7 styczniai i zostanie przeniesiona do wiktoriańskiego Londynu. Kto jeszcze nie widział tego serialu, serdecznie polecam.


O RYSUNKU:
Rysunek przedstawia Elisabeth Banks w roli Efie Trinket z Igrzysk Śmierci. Portret ten zaczęłam w tamtym roku keidy na święta dostałam 72 kredki Derwent. Kiedy zobaczyłam ilość tych kredek od razu pomyślałam o żywych i kolorowych strojach. Niestety po jakimś tygodniu porzuciłam pracę. I wierzcie mi czy nie chciałam ją dokończyć. Tak bardzo ale jakoś się nie składało. W sumie to uważałam ten fragment za bardzo dobry i bałam się postawić kolejnej kreski by wszystkiego nie zepsuć. Więc tak zostawiłam ten portret i myślałam że już nie dokończę, Ale udało się kilka dni po premierze 2 części Kosogłosa dokończyłam. I muszę przyznać że jestem z siebie dumna. Wszystko jest takie udziwnione a przy tym takie delikatne. Wyjątkowo podoba mi się kołnierz, chociaż w oryginale wyglądał nieco inaczej. Fajnie wpasował się w klimat kapitolu. W gryncie rzeczy załamałam się jakoś na włosach i nie potrafiłam ich dokończyć, ale udało się. I chociażby z tego powodu jestem z siebie dumna.


   
O FILMIE: 
W sumie nie mam wiele do powiedzenia. Z kina wyszłam dziwnie pusta. Przed wejściem byłam mega nakręcona na jakieś emocje, ale nic większego nie odczułam. Zabrakło mi tego czegoś. Film dobrze odzwierciedlał książkę. Gra aktorska na dobrym poziomie. Zaskoczenia żadnego nie było, w końcu czytałam książkę. Więc w sumie jeśli komuś książkowe zakończenie odpowiadało to nie będzie miał większych zastrzeżeń. Zabrakło mi za to jakiejś fajnej ścieżki dźwiękowej.
Dajcie znać jak podobają się wam rysunki i czy oglądaliście serial i film.
Buziaki
~kociepelko